Historia

Znalezione na dnie szafy

 Był rok 1913. Grupa zapaleńców oddana idei spółdzielczości, wspólnymi siłami zakupiła niewielki dom na Ochocie przy ulicy Wroniej i utworzyła strukturę organizacyjną swojej działalności. W ten sposób powstała kooperatywa pod nazwą "Warszawska Kooperatywa Mieszkaniowa" jako Towarzystwo Udziałowe.

Mało wiemy o tym okresie i o tych ludziach - wymaga to opracowania historyczego. Kimkolwiek byli nasi protoplaści, to napewno byli to ludzie o światłych umysłach i otwartych sercach, skoro w tym, tak trudnym okresie, kiedy byliśmy pozbawieni bytu narodowego, odrzucili myślenie kategoriami indywidualnymi przedkładając nad nie myślenie kategoriami społecznymi. Dlatego zasługują na najwyższy nasz szacunek. W roku 1925 kooperatywa zarejestrowała w Sądzie Okręgowym w Warszawie statut zgodny z ustawą o Spółdzielniach i przyjęła nazwę "Warszawska Kooperatywa Mieszkaniowa FENIX z odpowiedzialnością udziałami w Warszawie." Wysokość udziału wynosiła 150 złotych, a wpisowego 1 złoty.

W latach 1928- 1932 Spółdzielnia wybudowała na działce przy PI.Wilsona 4- pięć domów o łącznej kubaturze - 42 323 m2
• Projektowana była budowa szóstego domu na niezabudowanym placu. Ambitne plany przewidywały, że w budynku tym miała się mieścić sala posiedzeń, garaże, pralnie i schron przeciwgazowy. Do realizacji tego projektu nigdy nie doszło, ale pokazuje on odwagę i nowoczesność myślenia naszych ojców - założycieli.

Mimo, że budowę rozpoczęto wcześniej, formalny akt zakupu działki dokonał się 3 września 1931 roku, kiedy ówczesny zarząd w osobach panów Mieczysława Witkowskiego, Franciszka Hajkowskiego i Wiktora Zwierawicza zakupił od Skarbu Państwa działkę o łącznej powierzchni 16 tysięcy metrów kwadratowych. Narodziny Fenixa stały się faktem. Wybór Żoliborza na miejsce budowy nie był dziełem przypadku. "Żoliborz - to najbardziej spółdzielczy zakątek miejski Polski." Tu reprezentowane były wszelkie rodzaje spółdzielczości jak spółdzielnie mieszkaniowe, budowlano-mieszkaniowe, spożywcze, pracy, mleczarsko-jajczarskie i wreszcie ekspozytura Banku "Społem". Spółdziałanie jest więc jakby obowiązującym wskazaniem. "Tym też tłumaczy się stosunkowo duży rozrost życia społecznego i kulturalnego tej dzielnicy Warszawy" -tyle Informator Żaliborski z 1937 roku. Ten klimat dzielnicy uchwycił prawie ćwierć wieku później Kazimierz Brandys, który w swojej książce "Listy do Pani Z" napisze: - "proponuję Pani Żolibnrz jako sposób myślenia". Sądzę, że coś z tego klimatu przetrwało do dnia dzisiejszego. Harmonijny rozwój kooperatywy przerwała wojna 39 roku, która odcisnęła swe piętno na Spółdzielni i jej mieszkańcach. Atmosferę tamtych dni wiernie oddają wspomnienia pani Zofii Jankowskiej - członka Społdzielni.

"Warszawa w ogniu, dzień i noc lecą szrapnele w kierunku Cytadeli - rozbijają po drodze domy, niosą zniszczenie, elektryczność gaśnie. Staramy się obywać bez światła, po omacku, z konieczności - latarka. Ludzie gnieżdżą się w piwnicach. Psychoza piwnicy jest straszna. Ci, co tam się lokują, nie mają prawie odwagi się ruszyć. A tu walą. Jednego dnia całe podwórko jak po huraganie. Drzewa powyrywane, ogromne leje, okna powyrywane, wszystkie szyby poszły. W nocy widno od pożarów, gryzący dym przenika wszędzie - a jednak nikt nie myśli o kapitulacji." A później był sierpień 1944 i wybiła godzina "W". Wspaniała młodzież feniksowska stanęła na powstańczych barykadach walczącej Warszawy. Nie wszyscy z nich powrócili. Wśród tych, którzy zapłacili najwyższą cenę byli:
Irena Czechowska - lat 19,
Zbigniew Czechowski - lat 18,
Kazimierz Chmaj - lat 19,
Zdzisław Rzadkowski - lat 22,
Stefania Jankowska-Jungnikielowa - lat 26,
Józef Jungnikiel - lat 28.

Rodziny tych młodych bohaterów są tu dzisiaj z nami. Spółdzielnia zapłaciła ogromną daninę krwi. Wśród mieszkańców Fenixa były ofiary kampanii wrześniowej i partyzantki, Oświęcimia i Katynia, egzekucji ulicznych i Powstania Warszawskiego, a także ofiary represji stalinowskich.
Niech wszyscy Oni na zawsze pozostaną w naszej pamięci! Równie wielkie, choć nie tak bolesne były szkody materialne. Biuro Odbudowy Stolicy oceniło zniszczenia budynków Spółdzielni na 21,4°/o. Całkowitemu zniszczeniu uległ narożnik 5 klatki. W klatce 7 lej od bomby sięgał pierwszego piętra, w pierwszym budynku zostało zniszczone 3 piętro. Spalonych było kilka mieszkań na parterze oraz piwnic. Zniszczone dachy, elewacje, instalacje. Opuszczone mieszkania narażone były na szaber, a co gorsza były one zajmowane przez napływowy element. Nastąpiła całkowita zmiana demograficzna Spółdzielni. Były lokale, w których w każdym pokoju mieszkała inna rodzina. Prawowici ich właściciele wracali z różnych stron Polski i organizowali na nowo życie Spółdzielni. A nie było to łatwe, bo własnościowa spółdzielczość mieszkaniowa nie była pupilkiem władzy ludowej. Odmawiano nam statusu spółdzielni, planowano włączenie do innej organizacji spółdzielczej, wreszcie, o czym nie wszyscy Państwo wiedzą Spółdzielnia nasza była przeznaczona do rozbiórki, gdyż inne były plany zagospodarowania przestrzennego. Istniała już decyzja administracyjna wykwaterowania mieszkańców. Tylko dzięki uporowi, determinacj i i heroicznej walce ówczesnych władz Spółdzielni zawdzięczamy, że dziś istniejemy. Dotkliwym ciosem dla Spółdzielni był dekret warszawski pozbawiający nas własności do gruntów i budynków. Dopiero w 1968 roku oddano Spółdzielni budynki, jednakże do gruntów uzyskaliśmy już tylko prawo wieczystego użytkowania. Ale mimo tych problemów życie w Spółdzielni ustabilizowało się. Prawowici właściciele odzyskiwali swoje lokale często dając w zamian lokale zastępcze. Części przygodnych lokatorów został nadany status członków Spółdzielni. Publiczna gospodarka lokalami użytkowymi trwająca do lat 70-tych nie pozwoliła Spółdzielni swobodnie dysponować i korzystać ze swojej własności. Szanowni Państwo!

Trzeba również wspomnieć o schyłku lat siedemdziesiątych i latach osiemdziesiątych. Nurt niepodległościowy był zawsze żywy wśród członków Spółdzielni. Tu, na jej terenie, w mieszkaniu Pawła Bąkowskiego, współzałożyciela Niezależnego Ruchu Wydawniczego i KOR-u odbywały się zebrania środowiskowe opozycji demokratycznej. Tu również częstym gościem był kapelan Solidarności Huty Warszawa ksiądz Jerzy Popiełuszko, który wspierał duchowo i materialnie mieszkańców zaangażowanych w konspirację.

Ostatnie lata Spółdzielni to wysiłki kolejnych zarządów nad utrzymaniem substancji 75-letnich budynków oraz nad ich modernizacją. Zagospodarowana została płyta betonowa, dzięki czemu zyskaliśmy nową przestrzeń zieloną, nastąpiła przebudowa instalacji wodno-kanalizacyjnej, co pozwoliło na eliminację piecyków gazowych z łazienek i doprowadzenie ciepłej wody, zmodernizowano instalację elektryczną, zrekonstruowano obie bramy i jedną z nich, od ulicy Słowackiego wyposażono w elektroniczne otwieranie połączone z klatkami i mieszkaniami. Ostatnie przedsięwzięcie to plac zabaw dla dzieci oraz wymiana lamp na terenie posesji. Obecnie Spółdzielnia stoi przed nowymi wyzwaniami. Żywimy nadzieję, że zdobyte doświadczenia pomogą nam i tym razem pokonać piętrzące się przeszkody. Szanowni Państwo!

Odsłaniamy dziś kamień, który jest wyrazem czci, szacunku i pamięci dla naszych założycieli oraz dla tych, którzy oddali swe życie w walce o wolną Polskę. Ale nie chcemy by ten martyrologiczny akcent dominował w dzisiejszej uroczystości. Pragniemy by heroizm tamtych dni zastąpiony był dziś rzetelną pracą dla dobra Spółdzielni i jej mieszkańców.

Czas pokazał, że nam się to udaje. Potrafimy organizować życie Spółdzielni tak, że więzy międzyludzkie, anonimowe dziś w wielkich aglomeracjach, stają się w naszej społeczności coraz silniejsze - tu najpełniej realizuje się zasada solidaryzmu społecznego, a członkowie Spółdzielni mogą w pełni zaspokajać swe potrzeby mieszkaniowe. Jesteśmy dumni, będąc spadkobiercami tradycji przedwojennej spółdzielczości mieszkaniowej, utrwalanej przez kolejne zarządy powojenne w osobacb panów: Karwana, Bołdoka, Strumph-Wojtkiewicza, Odrobińskiego, Kludta i Bagińskiego, że w samym sercu Żoliborza budujemy za słowami Papieża - Europę ojczyzn, i udowadniamy, że własnościowa spółdzielczość mieszkaniowa w Polsce ma się całkiem dobrze. Niech ten kamień będący symbolem trwania, przy którym pochylamy głowy, wyzwala w nas dobrą energię potrzebną do pracy na rzecz mieszkańców Spółdzielni. Został wówczas zwolniony i powrócił do domu w okropnym stanie. Ważył zaledwie 39 kg, podczas gdy normalna Jego waga wynosiła około 68 kg. Był to szkielet człowieka, obciągnięty skórą, a na ciele miał wrzody, ślady bicia w obozie przez t.zw. "kapo", a na szyi i plecach t.zw "świerzb". Nasi Rodzice wraz ze mną bardzo intensywnie zajęli się Jego leczeniem i dzięki temu Isio po paru miesiącach zaczął wracać do normalności. Spędzałem z Nim wiele czasu, a On opowiadał mi o swoich przeżyciach i stosowanych przez Niemców karach. Nie chciał o tym mówić Rodzicom, aby ich nie denerwować, mnie natomiast opowiadał wszystko. Po powrocie do zdrowia i normalności kontynuował służbę w jednym ze zgrupowań AK (nie pamiętam niestety w jakim), gdzie otrzymał stopień kaprala podchorążego i pseudonim "Kameleon". Jednocześnie uczęszczał na tajne kursy szkolne, aby uzyskać maturę. Zawsze był pełen wiary w przyszłość, pomagał innym w różnych sprawach, w codziennym życiu, przynosił nam gazetki, które czytali nasi sąsiedzi z VI i XI klatki schodowej, informując jednocześnie o bieżącym stanie okupacyjnym. Bardzo był lubiany za to przez naszych sąsiadów. Był bardzo odważny o wspaniałych, patriotycznych uczuciach.

Powstanie na Żoliborzu wybuchło w dn.1 sierpnia 1944 wcześniej niż w Śródmieściu, strzelanina zaczęła się około 13.30 i dlatego Isio nie mógł się przedostać do swojego zgrupowania w Śródmieściu, a wstąpił do Oddziałów "Żywiciela" panujących w naszej dzielnicy. Przez cały czas walczył w różnych punktach Żoliborza. Bardzo miło wspominam "Dzień Żołnierza", obchodzony 15 sierpnia 1944. Tegoż dnia zorganizowana została przez Państwa Bagińskich w ich mieszkaniu bardzo miła i podniosła uroczystość. Lena Bagińska zaprosiła do siebie kilkunastu powstańców z naszego rejonu, wśród których był między innymi Olgierd Budrewicz i mój brat Zdzisław. Śpiewaliśmy nasz hymn i różne pieśni legionowe i inne, opowiadaliśmy o tym co się wokół nas dzieje. Nigdy tego nie zapomnę.
Niestety, w miesiąc po tej uroczystości Isio poległ na Marymoncie - na placówce wraz z całą drużyną, która tam pełniła służbę.

Zostali oni zaskoczeni przez czołg niemiecki i wszyscy zginęli od odłamków pocisku i kul. Isio miał urwaną stopę i ślady kul. Stało się to 14 września 1944 r. Po naszym powrocie do Warszawy z wygnania, w maju 1945 roku osobiście ekshumowałem szczątki mego kochanego brata - pomagał mi w tym tylko woźnica z SPB, którego dostałem dla przewiezienia trumny z Isiem do grobu na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach. W grobie tym spoczywa On z Rodzicami, zmarłymi później. Oto wspomnienia o moim kochanym bracie, które na zawsze pozostaną w mojej pamięci. Można by o tym opowiadać wiele, bo zasłużył On sobie na to swoim życiem, które oddał za Ojczyznę.
Cześć Jego pamięci.


Kazik

Być może nieliczni już dawni mieszkańcy Fenixu rozpoznają w tym chłopcu mojego brata, Kazika Chmaja, który nie wiele się różnił od pozostałych rówieśników z Fenixu. W latach naszego dzieciństwa nie było na Żoliborzu Szkoły Podstawowej, za wyjątkiem baraku przy ulicy Gdańskiej. Dzieci z naszej Spółdzielni uczęszczały do szkoły przy ulicy Elbląskiej, pokonując zimą i latem, przez rozległe pola obecnego "Zatrasia", odległość ok. 2 km. Trzymały się nas różne psoty, a z nauką bywało różnie. Kazik od chłopięcych lat interesował się wojskiem. Zbierał naboje przy wale nad Wisłą, przyglądał się z ciekawością oddziałom wojska powracającym z ćwiczeń do Cytadeli ulicą Słowackiego. Bardzo chciał zostać żołnierzem, a gdy skończył 12 lat, ojciec zawiózł Go do Lwowa do Korpusu Kadetów im. Józefa Piłsudskiego. Kazikowi przy pożegnaniu zakręciły się łzy w oczach, ale gdy przyjeżdżał do domu na wakacje, był bardzo dumny z noszenia munduru kadeta. Wybuchła wojna i nadeszły lata okupacji. Już w 1941 roku Kazik zaangażował

się w pracę konspiracyjną. Wraz z kilkoma przebywającymi w Warszawie kolegami z Korpusu, utworzyli zaczątki plutonu kadetów. W naszym mieszkaniu odbywały się zbiórki, uroczyste przysięgi i żołnierskie Wigilie, a w specjalnej dużej skrytce pod podłogą przechowywana była broń.
Równocześnie z pracą konspiracyjną uczył się Kazik na tajnych kompletach w Gimnazjum im. Ks. J. Poniatowskiwgo, a po maturze w 1943 roku rozpoczął naukę na Wydziale Prawa tajnego Uniwersytetu Warszawskiego. Pracował równocześnie w cegielni na Słodowcu oraz w mleczarni na ulicy Hożej, aby uzyskać niezbędne zaświadczenia chroniące Go przed wywiezieniem na roboty do Niemiec. Trwały przygotowania do Powstania. 135 pluton Kazika miał za zadanie . . zaatakować gmach Gestapo w Alei Szucha od strony ul. Marszałko- ~~Jęcła wskiej. Przed godziną "W", na zbiórkę, która miała miejsce w domu zdarc lwum jednego z kolegów przy ulicy Oleandrów zgłosili się chłopcy trzy dni omowego
p. Zofii Chmaj wczesniej, już 28 lipca 44 roku. W ataku dnia 1 sierpnia o godzinie 17-tej wzięło udział 41 chłopców w wieku 17 -19 lat, najstarszy, ich dowódca miał 22 lata. W pierwszym dniu Powstania zdobyli zajmowany wówczas przez Wermacht gmach Departamentu Kawalerii byłego Ministerstwa Spraw Wojskowych usytuowany między ulicą Litewską a Placem Zbawiciela, na tyłach Gestapo. Gmach ten był w rękach plutonu przez 3 dni. Wobec ogromnej przewagi sił niemieckich musieli się z niego niestety wycofać. W wyniku tej akcji zginąło 24 chłopców z 135 plutonu, a z 17-tu ocalałych 10-ciu było rannych.
Kazik- kapral podchorąży "Stach" zginął w dniu 3 sierpnia 1944 roku opuszczając podpalony przez Niemców budynek jako ostatni. Miał dopiero 19 lat. Był dobrym synem, opiekuńczym bratem, wybitnie uzdolnionym, głęboko religijnym oraz bardzo dojrzałym jak na swój wiek młodym człowiekiem. W książce Andrzeja Dławichowskiego p. t. "135 pluton A.K VII zgrupowanie Ruczaj i jego kadeckie korzenie" wydanej w 50-tą rocznicę Powstania Warszawskiego autor napisał o Kaziku:
" ... był bez reszty oddany Sprawie, niezwykle koleżeński, odważny i obowiązkowy." Spoczywa razem z kolegami w zbiorowej mogile na Cmentarzu Wojskowym w Warszawie.


Wspomnienie o moim kochanym bracie Zdzisławie /Isiu/ poległym w Powstaniu Warszawskim w dniu 14 września 1944 r. Na Marymoncie. Zdzisław Dezyderiusz Rzadkowski urodził się 28 września 1922 roku we wsi Winnica pod Warszawą Gmina Jabłonna /obecnie wysunięta na północ stołeczna dzielnica/.
W lutym 1930 roku mój ojciec Feliks otrzymał członkowskie mieszkanie nr 50 w Spółdzielni Budowlano Mieszkaniowej "Fenix" na Żoliborzu, do którego przeprowadziliśmy się w tym miesiącu z całą naszą rodziną, a było nas trzech braci - najstarszy Olgierd, ja i najmłodszy Isio. Byłem wówczas uczniem Gimnazjum im. Jana Zamoyskiego, do któregoIsio wstąpił w 1932 roku do pierwszej klasy. Bardzo miło wspominam ten okres, gdyż Isio był pod moją opieką przez przeszło dwa lata, razem ze mną jeździł do szkoły i wracał po lekcjach ze mną do domu. Prócz tego pomagałem mu w początkach Jego nauki, za co był bardzo wdzięczny, ale był to zdolny chłopiec i zupełnie dobrze dawał sobie radę w nauce. Po odrobieniu lekcji bardzo często zabawiał się na naszej posesji z mieszkającymi w "Fenixie" chłopcami -grali w piłkę, bawili się w chowanego, w podchody, w berka i w różne inne zabawy. Był lubiany przez kolegów zarówno szkolnych jak i tych w "Fenixie". Tak było do czasu wybuchu wojny w 1939. Był on wówczas uczniem dawnej VII-ej klasy- lecz naukę przerwała wojna. We wrześniu 1940 roku wraz z innymi mieszkańcami w/w spółdzielni został zabrany z domu przez okupanta i wywieziony do obozu w Oświęcimiu jako młodociany, gdzie przebywał w okropnych warunkach przez okres roku do września 1941.

Wybrane fragmenty z dziennika p. Zofii Jankowskiej zamieszkałej w FENIXie - mieszkanie nr 18. Oblężenie
Po nalocie na Plac Wilsona -jak po huraganie. Zmieszane trupy ludzkie, końskie, gruz, drzewa ... Rannych znosimy do szpitala, nie ma miejsca. Siostry modląc się głośno - dają zastrzyki, o zabiegach mowy nie ma, przepełnienie. Karetkami wywożą rannych do innych punktów, ale wszędzie ciasno, nawał pracy, brak pomocy - wielu umiera z krwi upływu. W domu zastaję wszystkie szyby w drzwiach wysypane, wszyscy zastraszeni. Najbardziej czynni młodzi, kobiety i dzieci. Starsi panowie w większości siedzą w piwnicach. Coraz więcej osób sprowadza się do piwnic. Piętnaście mieszkań rozbitych. Mamy wśród nas osoby podejrzane, które starają się szkodzić sprawie obrony w zakresie swoich możliwości - tych się pilnuje.
Brak wody zmusza do wystawania w długich ogonkach; studnię zaczęli kopać w podwórzu - ale nie doprowadzili roboty do końca. Wózek Caritasu (rowerowy) oddaje nam duże usługi, jest wciąż w ruchu. Żołnierze wożą nim chleb- wreszcie uszkodzony, czeka naprawy. Skład Caritasu zaopatruje w ubranie, obuwie, sprzęty domowe, nagromadzone za czasów normalnych. Przechodzą oddziały zmasakrowane, głodne, zmęczone - odpoczynek, gorąca zupa, chleb jeszcze był - za chwilę żołnierz się prostuje i znów gotów do walki i chciałby mieć możność szkodzenia napastnikowi, więc choć nie dosięgną, ostrzeliwują nadlatujące aeroplany. Postój niedługi , idą dalej ....
Pewnego dnia zobaczyłam jeźdźca zbaczającego ku naszej bramie. Tadeusz zmęczony, zgryziony, zrozpaczony - "Mamusia, zdradzili nas"- żadnej ochrony, żadnej pomocy - a ci sieką i pędzą. Był chwilę. Zaraz ludzie znieśli jedzenia, konia tak nakarmili, że potem iść nie mógł. Ale Tad nie chciał jeść, ani się przebrać ani się umyć - za chwilę poszedł ze swoi m oddziałem.
Warszawa w ogniu, dzień i noc lecą szrapnele w kierunku Cytadeli - rozbijają po drodze domy, niosą zniszczenie, elektryczność gaśnie. Staramy się obywać bez światła, po omacku, z konieczności - latarka. Ludzie gnieżdżą się w piwnicach. Psychoza piwnicy jest straszna. Ci, co tam się lokują, nie mają prawie odwagi się ruszyć. A tu walą. Jednego dnia całe podwórko jak po huraganie. Drzewa powyrywane, ogromne leje, okna powyrywane, wszystkie szyby poszły. W nocy widno od pożarów, gryzący dym przenika wszędzie - a jednak nikt nie myśli o kapitulacji. W ostatnich dniach obchodziłyśmy barykady pod Marymontem. Już się wyczuwało koniec.

Sąsiedzi i konspiracja Młodzi byli w coraz większym niebezpieczeństwie. Stach Czechowski pewnego dnia był blisko sklepu, gdy wyszedł na niego patrol. Wpadł do sklepu, jego matka go osłoniła, wybiegł przez sklep na podwórze i do domu. Na drugi dzień wieczorem wyszedł. Noc była ciemna, bramy nieoświetlone. Gdy wracał- w bramie zaświecono mu w oczy i Niemcy zabrali do stróżówki. Przy rewizji znaleźli pieniądze, z których jakoby nie mógł się wytłumaczyć - ale przecież miał sklep. Przyszła jego godzina - zabrali. Dwoje młodych ludzi za gazetkę zatrzymali przy rewizji; w tym czasie u nas w domu Kostek wkładał gazetkę w skarpetkę, gdy wpadła sąsiadka - .. Niemcy w bramie zatrzymują .. - i drzwi nie zamknęła. Gdy Tadzio szedł do pieca z gazetką, weszli Niemcy, ale się wycofali i poszli na piętro. Szereg osób zabrali, kobiety też rewidowali bez ceremonii. Jak zwykle rodziny robiły starania , wszystko było na dobrej drodze - ale wywieszona lista zakładników rozwiała złudzenia. Rozstrzelali prawdopodobnie na Puławskiej ulicy. Przyjechali do Kazika J. Znaleźli cały plan roboty dywersyjnej, fotografie Niemca, który miał być zabity. Zabrali. Poszła Zosia Czechowska, żeby zabrać żonę z dzieckiem, ale nie zdążyła, Kazikowa nie była ubrana, zaledwie zawinęła dziecko, które Zosia wzięła na ręce, gdy już po Kazikową przyjechali i Zosi dokument wzięli. Ona naiwnie ze skromną minką zapytała, czy może zejść na dół - puścili. Warta ją też przepuściła; przyszła do nas. Zamknęliśmy ją w naszej piwnicy, a dziecko przebraliśmy inaczej i nadeszła niania, którą udało się zatrzymać przy wyjściu z kościoła i skierować do nas. Wkrótce przyjechali po Zosię, podobno zawrócili już z wiaduktu. Dokument jej mieli. Gdy weszli do jej mieszkania, zapytali matki .. _ Jest tu Zofia Cz. z dzieckiem? - Mieszka tu, ale dziecka nie ma ... Popieklili się trochę i odjechali. Przyszła Stefa ze szkoły, zabrała nianię z dzieckiem i odwiozła do Śródmieścia, a stamtąd do Milanówka. Towarzyszy Kazika udało się w czas ostrzec. Kazikowie zginęli; zapewne rozstrzelani przed Powstaniem, śladu ich nie odnaleziono. Gdy szli na robotę - najpierw szli do kościoła, aby przyjąć Sakramenty św, a potem co Bóg da. Ile wypraw karkołomnych, z których zdawało się nie było wyjścia ... Bóg wyprowadził. Pod okiem Niemców przewoziło się broń, opatrunki, lekarstwa. Rannych przy napadach na Niemców umieszczało się w szpitalach jako zwykłych chorych po operacji - nikt nie zdradził, choć trzeba było zagrozić nieraz rewolwerem, żeby milczał, nie widział, nie słyszał.
buch Powstania
Wojska ZSRR podchodziły, Niemcy ewakuowali się, ciągnęły wozy, tabory, oddziały wojska -Warszawa była bardzo spokojna na zewnątrz - powstanie miało się zacząć lada dzień. Dowódcy oddziałów byli zrozpaczeni brakiem broni. Józek całymi dniami polował na Niemców sprzedających broń. W piątek ostatni raz widziałam Stefę. Poszłyśmy razem do kościoła, byłyśmy u spowiedzi i komunii św.
Rozstałyśmy się - myślałam na jeden dzień ... Stefa nocowała ostatnią noc z Józkiem u Żaków. Wyszli o 11-tej. Była łączniczką, więc miała co robić do ostatniej chwili. O 3-ciej wpadła do domu, obeszła dom. Ostatni raz ... Chciała się dostać na Mokotów .... Strzelanina rozpoczęła się znacznie wcześniej, wielu nie zdążyło na swój posterunek. Przemykali pod gradem kul. ]ednym się udało, dla innych wybiła ostatnia godzina. Byli gotowi i odeszli razem, choć w różnych punktach Warszawy. Na Mokotowie o S-tej poprowadził Józek swoich ludzi na szkołę, w której stali Niemcy. Kula w serce. Padł.


"Przez cały czas Powstania Warszawskiego 1944 roku do dnia 30 września 1944 r. przebywałem w domu nr 4 przy placu Wilsona. Teren nasz był zajęty przez cały czas przez powstańców. W domu naszym było kilka punktów sanitarnych: jeden w piwnicach klatki III, drugi w kotłowni - był to centralny punkt sanitarny w "Feniksie" [nazwa od spółdzielni, do której należał nasz dom]. Trzeci punkt sanitarny znajdował się w mieszkaniu moich teściów Oskresów na parterze klatki VII-mej. Na terenie naszego domu mieściły się też kwatery powstańcze. Niemcy zajmowali: Instytut Chemiczny przy ul. Łączności nr 8, poza tym Cytadelę, "Blaszankę" nad Wisłą, gdzie były oddziały Ukraińców. [Wiem o tym, gdyż było to ogólnie wiadome. Ukraińcy robili wypady na tereny przyległe mordując ludność]. Artyleria ciężka znajdowała się na terenie Burakowa.
Dnia 29-go września 1944 r. późnym wieczorem, około godz. 11-tej, na teren "Feniksu" przyszli powstańcy z Marymontu. Przynieśli ze sobą kilku ciężko rannych kolegów. Ciężko ranni zostali złożeni w kotłowni. Następnego dnia, tj. 30-go września, przed południem, Niemcy po całonocnym natarciu na nasz teren zajęli "Feniks", opróżniając systematycznie klatkę za klatką od strony ul. Słowackiego. Ludność zostawała wyprowadzana ul. Płońską w kierunku na Instytut Chemiczny, nie przecinając ul. Krasińskiego. Po drodze wehrmachtowcy dokonywali rabunku na ludności. Gdy Niemcy wyrzucili ludność z klatki VI, gdzie w piwnicach znajdowali się ciężko ranni powstańcy, dokonali zbrodni nad rannymi. Przez okna piwnicy klatki VII, w której przebywałem, słyszałem serię strzałów, z jakiej broni - trudno mi się zorientować.
Potem Niemcy przystąpili do wysiedlania ludności z dwu następnych klatek. Wszyscy mieszkańcy przebywający wówczas na klatkach VII i VIII przechodzili wówczas obok leżących na schodach ciał rozstrzelanych. Zwłok było około 5. Ja i jeszcze jeden pan, nazwiska nie znam, o pseudonimie "Kot", wychodziliśmy ostatni. Niemcy zatrzymali nas przy zwłokach. Po pewnym czasie, który my spędziliśmy w lęku o własne życie, Niemcy kazali nam zrobić nosze i zanieść na nich ranną łączniczkę leżącą w piwnicy klatki VIII na niemiecki punkt sanitarny w namiotach za Instytutem Chem. Co się dalej stało z ranną sanitariuszką, nie wiem. Razem z resztą ludności z naszego terenu szliśmy w kierunku na Wolę. Przy ul. Okopowej, w pobliżu jakiegoś ogrodu, Niemcy przeprowadzili tzw. "selekcję". Wyciągnęli młodych mężczyzn, wśród których znajdowały się i kobiety. Dokąd ich zaprowadzono, nie wiem. Reszta ludności poszła dalej ulicą Wolską.
Przed kościołem na ul. Wolskiej Niemcy znowu wyciągali z tłumu mężczyzn i kobiety, ale te w mniejszości. Ja wraz z całym tłumem szedłem dalej do Dworca Zachodniego. W drodze do Dworca Zachodniego przechodziliśmy obok koszar, w których stacjonowali Ukraińcy w służbie niemieckiej. Żołnierze ci wyciągali z naszych szeregów młode kobiety, na co konwojujące nas oddziały SD z trupimi główkami na czapkach nie reagowały zupełnie. Około północy wyjechaliśmy transportem otwartych wagonów do obozu przejściowego w Pruszkowie."

Tadeusz Bielec, zeznanie przed Główną Komisją Badania Zbrodni Niemieckich, Warszawa, 27.IV.1950